Nie potrafiłam się dziś ograniczyć ze zdjęciami, więc postaram się nie przesadzić z treścią. :)
Weekend minął mi bardzo bezpłciowo. Nie zrobiłam nic, z zaplanowanych wcześniej rzeczy.
Zioła już mocno niecierpliwią się czekając na wysianie, lampa tupie nóżką kiedy wreszcie skończę szyć abażur, kilka innych spraw czeka na dopięcie ostatniego guzika, a kilka, na pierwszy ruch. Jakoś nie mogę się ogarnąć.
Za to wyskoczyłam na chwilkę, załatwić niecierpiącą zwłoki reklamację w jednej z sieci telekomunikacyjnych, i wróciłam z gałązką bzu i świecącymi kulkami.
Zerwany z osiedlowego drzewka bez, zajął dumnie miejsce w klatce, która jednak nie przeszkadza mu w rozsiewaniu obłędnego zapachu w moim salonie. A kulki?
Świecące kłębki od dawna chodziły mi po głowie. I jak już pewnie wyjadacze zauważyli, nie są to oryginalne cottony, jednak gdy je zobaczyłam, idealnie wtopione w aranżację wystawy sklepowej, jakiś impuls wręcz kazał mi je zabrać do domu. Znacie to uczucie? :)
To pewnie przez te kolory - delikatne, pastelowe, moje... Zaświecone lub nie, misternie upięte, lub rozrzucone w nieładzie... Z resztą co się będę rozpisywać, robią klimat tym swoim ciepłym światełkiem, i tyle! :)
Teraz leżę sobie odurzona zapachem bzu, zauroczona nastrojowym światłem i lecę w kulki,
bo zamiast przynajmniej starać się, by stwarzać pozory 'nadrabiającej zaległości', wpadłam w ramiona błogiego lenistwa... Ciekawe co na te ramiona mój mąż. :P
Pozdrowienia!
Basia